Okiem w Dal: Rezydentury w Grecji

Okiem w Dal: Rezydentury w Grecji

2 komentarzy

Narzekacie na brak rezydentur? Na długie kolejki w urzędach wojewódzkich? Przeszkadza Wam długi termin oczekiwania pomiędzy złożeniem wniosku a ogłoszeniem wyników? Posłuchajcie lepiej, jak sytuacja wygląda w Grecji, a być może zaczniecie doceniać nasze polskie, dobre zorganizowanie!

Kryteria

Całość historii opieram na opowieści pewnego znajomego Greka, z którym miałem okazje być razem na praktykach wakacyjnych w Austrii. Zaprzyjaźniliśmy się i spędzaliśmy razem dużo czasu, miałem więc okazję dużo usłyszeć o greckich realiach w ogóle.
Okazuje się więc, że w Grecji system przyznawania rezydentur opiera się przede wszystkim na… kolejności zgłoszeń. W drugiej kolejności brane są pod uwagę… nie, nie oceny… kwestie uznaniowe (a jakże), dopiero na końcu istotne jest, jakie kto miał oceny.
Na tym teoretycznie mógłbym skończyć moją opowieść o Grecji, ale wspomniany system, jak można się domyślić, rodzi wiele patologii, z których część tworzy całkiem nawet-zabawny purnonsens. Jeden z nich chcę opowiedzieć dalej.

Być albo nie być

Krytycznym punktem decydującym o sukcesie lub porażce w otrzymaniu upragnionej rezydentury jest oczywiście moment wręczenia dyplomów. Wtedy to zaczyna się prawdziwy wyścig z czasem. Zanim to jednak nastąpi, profesjonalni fotografowie biorą się za uwiecznienie tej podniosłej chwili – wszyscy ubrani w togi stają do zdjęcia grupowego w rękach ściskając… sztuczne dyplomy (!) – zwinięte w rulon puste kartki imitujące właściwy dokument, o który już za chwilę rozpocznie się prawdziwy bój.

Bez pardonu

Po odstawieniu szopki dla swoich rodzin czas na czynność właściwą, czyli rozdanie prawdziwych dyplomów uprawniających do ubiegania się o rezydenturę. Tu wyraźny przywilej mają Ci szczęśliwcy, których nazwiska zaczynają się na litery występujące wcześniej w alfabecie – to nie żart! Angelologia,Argyros, Antonopoulos, Apostolos, Constantinou… – to tylko niektórzy szczęśliwcy, którzy wyczytani wyłonią się z coraz bardziej przepychającego się tłumu rozjuszonych absolwentów. Wspomniany przeze mnie kolega ma nazwisko zaczynające się na literę “K”, przez co znajdował się raczej w drugiej połowie stawki. W takich wypadkach pomaga rodzina – niekiedy zgromadzona na gali bardzo licznie – i przepychając się pod sceną na której rektor oficjalnie ściska dłoń i wręcza dyplom, potrafią przyblokować niejednego nieszczęśliwca tworząc kontrolowany ścisk i uniemożliwiając delikwentowi wydostanie się z sali.

Z kolei inni stosują nieco mniej ofensywne metody i stosując metody rodem z rugby rzucają (sic!) do siebie dyplom, dzięki czemu szybciej wydostanie się on na zewnątrz, na parking, gdzie czeka już samochód z włączonym silnikiem. Stamtąd, niejednokrotnie z piskiem opon, wyznaczeni wcześniej przyjaciele / rodzina zabierają świeżo upieczonego lekarza do upragnionego szpitala. I tu pojawia się często poważny problem, bo jeśli ktoś studiował np. w Salonikach a ma ambicje robić kardiologię w Atenach (nie żeby Saloniki miały gorsze szpitale, ale wiadomo – to jak u nas wybór między Warszawą a Krakowem – niektórzy chcą po prostu zmiany) to czeka go 500km wyścig – i to dosłownie, gdyż zdarza się, że jadą łeb w łeb ze swoimi kolegami, którzy stanowią dla nich konkurencję zdecydowanie bardziej namacalną niż ma to miejsce u nas, w Polsce. Zresztą, zostawmy przykład Saloniki-Ateny, połączonych naprawdę kulturalną autostradą. Grecja to kraj górzysty i w przypadku wielu innych, mniej prestiżowych uczelni chętnych rezydentów nierzadko czeka rajd po wąskich o stromych zawijasach!

A wracając do mojego kolegi Greka – próbował być sprytniejszy i jechać na motorze (dużo łatwiej wyjechać z zakorkowanego parkingu) jednak przeliczył się… W całym tym zaaferowaniu nie sprawdził swojego pojazdu i kiedy chciał ruszyć “z kopyta”, okazało się, że… życzliwy kolega zostawił mu pożegnalny pręt wsadzony w koło. Na szczęście do wymarzonego szpitala zawiózł go ktoś z rodziny.

Nie ma co narzekać

Jak więc widzimy, czasem stawiając sprawę w zupełnie innym świetle może się okazać, że to, na co zwykliśmy narzekać na własnym podwórku nie jest do końca złym rozwiązaniem, a zagrywki w rodzaju spekulacji punktowych “kto ile miał z LEKu i na co idzie” zdają się być dziecinną igraszką w rodzaju wiązania koledze sznurówek pod ławką. I choć dla każdego z nas ważne jest czy i jaką będziemy robić specjalizację, choć system rezydentur w Polsce pozostawia wiele do życzenia, może warto czasem spojrzeć na naszą życiową sytuację z dystansu i docenić, to co mamy.

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się