Dlaczego lekarz NIE powinien poświęcać czasu na rozmowę z pacjentem

Dlaczego lekarz NIE powinien poświęcać czasu na rozmowę z pacjentem

11 komentarzy

Od bardzo wczesnych lat studiów interesowałem się rozwijaniem tzw. kompetencji miękkich. Umiejętność skutecznej komunikacji jest podstawowym warunkiem osiągnięcia właściwego tzw. compliance na linii lekarz – pacjent, tzn. daje większe prawdopodobieństwo, że chory będzie stosował się do zaleceń oraz – mówiąc po ludzku – będzie ufał swojemu doktorowi. Polska ma najniższy (sic!) wśród krajów rozwiniętych wskaźnik zaufania do zawodu lekarza. Pacjenci narzekają na brak okazywania empatii ze strony lekarzy oraz niepoświęcanie ich problemom wystarczającej ilości czasu. Dziś powiem, dlaczego uważam, że lekarze nie powinni spełniać potrzeb pacjentów.

Czwartek. Pełen werwy i naładowany pozytywną energią wracam do pracy – na oddział onkologiczny – świeżo po kursie z Komunikacji Klinicznej. W małej sali, w kameralnej grupie dla wybranych odbyły się trzydniowe intensywne szkolenia przeprowadzone przez samego Jonathan’a Silverman’a, który pofatygował się przylecieć do Polski ze swoim pięcioosobowym zespołem prosto z Cambridge. Pod koniec mózgi były przepakowane nową wiedzą profesjonalistów z EACH – European Association for
Communication in Healthcare. Reszta wiedzy i umiejętności zdobytych wcześniej też się przydała i zdążyła uporządkować.

Wracając do pracy w środku tygodnia skazany jestem na przejęcie pacjentów po kimś – w tym wypadku po wychodzącym z pracy dyżurnym. Troje pacjentów obecnych od poniedziałku, jeden przyjęty z SORu dzień wcześniej z zaostrzeniem. Dwóch nowych do kontynuacji leczenia. I kolejnych dwóch do ustalenia dalszego leczenia, bo dotychczasowe okazał się nieskuteczne. Aha, no i jeden zupełnie świeży, tzn. niedawno zdiagnozowany do wdrożenia pierwszego leczenia. Szczęśliwa dziewiątka – czyli nie jest całkiem źle okłamuję się kolejny raz w wyuczony przez siebie sposób.

9:00

9 rano, po odprawie. Komputer już włączony, system medyczny właśnie się ładuje, przeglądam sobie historie chorób pacjentów, żeby zorientować się w ich sytuacji. Do drzwi puka pierwsza rodzina – zdenerwowana żona chce się dowiedzieć o mężu, którego przywiozła wczoraj karetka… a, tak, pamiętam z odprawy. Proszę o chwilę cierpliwości i zaczekanie na zewnątrz, w pośpiechu przerzucam kartki – obserwacje, wyniki badań. Wychodzę.

Na miękko

Siadamy obok siebie. “Pierwsze 1,5 minuty dla pacjenta” – to nie jest mój pacjent, ale to nie ma znaczenia. Pozwalam jej mówić, wyrzucić z siebie skumulowane myśli, wszystko jedno, czy ważne, czy potrzebne. Słucham obaw, słucham strachu. To ważny moment, przypominają mi się słowa ze szkoleń. Czas na nawiązanie kontaktu, zrobienie pierwszego wrażenia. Druga strona chłonie wszystko jak gąbka. Drobny gest – rzut oka na zegarek, pstrykanie długopisem, zmarszczone brwi – mogą zostać poczytane jako oznaki zniecierpliwienia, braku zainteresowania i ignorancji, nawet jeśli to nasze zwykłe tiki, gdy sami jesteśmy zdenerwowani. Gdy mówi, rewiduję wszystko – co mówi moja postawa ciała? Jaka jest między nami odległość? Jaki mam ton głosu, gdy dopytuję o szczegóły? Tym razem sytuacja zupełnie się odwróciła – mechanicznie zadawałem pytania medyczne – zbierałem wywiad od rodziny – a w głowie rozbijałem na czynniki pierwsze proces komunikacyjny. Ta pauza, którą zrobiła, to zawahanie? Czy zdenerwowanie? Może warto dopytać, podnieść wskazówkę, jak mówił Johnatan? Tak, okazuje się, że było coś jeszcze, dodatkowe objawy, o których nie wspomniała z początku.

Teraz moja kolej. Spokojny głos, kontakt wzrokowy, pogodne spojrzenie i słowa w stylu “Zrobię wszystko, by Pani męża nie bolało” – bo tyle faktycznie mogę – “postaram się pomóc, jak mogę najlepiej”. W ten sposób po pięciu minutach z już uspokojoną, miłą starszą panią, omawiam dalsze strategie leczenia.

Na szorstko

Odprowadzając Panią do drzwi mijam wchodzącą parę w średnim wieku. “Szukamy doktora prowadzącego mojego brata, Z.K.”. To ja. A chodzi o człowieka, który właśnie dowiedział się, że doszło do progresji choroby w trakcie chemioterapii paliatywnej drugiej linii. Siadamy wszyscy razem we czwórkę. Widać, że człowiek nie lubi owijania w bawełnę. Zadaje krótkie, jakże bazowe pytania – “Doktorze, ile jeszcze mi zostało?”, “Co dalej? Idę do piachu?” – pomimo kuksańców od siostry nie przebiera w słowach. Poprzednia taktyka na miłego puszystego kotka na niewiele się tu zda. “Nie ma co lukrować panie Zbyszku – dobrze nie jest” – mówię bez mrugnięcia okiem, patrząc mu w oczy – “ale tragicznie też nie. Ma pan progresję. Choroba rozwija się dalej, dotychczasowe leczenie okazało się nieskuteczne i trzeba je zmienić. Będziemy pana leczyć dalej, tylko czym innym.” – na te słowa niemalże słychać zgrzyt trybików nadziei, które na nowo zaskoczyły i z oporem, ale zaczęły się kręcić.

Turysta #1

Rozmowa z nowym, dotychczas nieleczonym onkologicznym pacjentem jest za każdym razem fascynująca i niebezpieczna. Jak podróż do egzotycznych krajów. Jest to spotkanie dwóch różnych światów – świata zdrowego ze światem choroby, świata lekarza i świata pacjenta. I jak w czasie podróży można poznać i nauczyć się wiele nowego, tak brak wspólnego języka może prowadzić do poważnych potknięć. Dlatego do obu lepiej jest się dobrze przygotować.

Z pomocą znów przychodzą szkolenia i nabyta wiedza. “Co pan wie na temat swojej choroby, czy ktoś już z panem na ten temat rozmawiał?” – dobre, moim zdaniem, pytanie otwierające, pozwala rozeznać się w sytuacji, wiedzieć, na czym stoimy – czy przyszedł do nas dr Google, Pan Zagubiony, itp. “Niewiele…” – zaczyna – “właściwie to nic. To znaczy, wiem, że mam raka. Tak mi powiedział doktor na korytarzu, jak szedłem odebrać wyniki po operacji”. No tak. No to mam modelowy przykład i szerokie pole do popisu. Ale chwilowo mam ochotę mocno złapać się za skronie i się załamać. Sytuacja zmusza mnie jednak do kontynuowania rozmowy. “A ile chciałby pan wiedzieć o swojej chorobie” – to mocno ryzykowna zagrywka, ale jakże opłacalna. O ile nie mamy do czynienia z zawodowym łgarzem, szybko odczytamy, czy ktoś kłamie mówiąc “jak najmniej”, albo waha się mówiąc “wszystko”.

15:35

Czas pracy lekarza unormowany ustawą to 7 godzin i 35 minut. Po godzinie 15:35 nie powinienem więc nawet przebywać w miejscu pracy. Powiem więcej – gdyby kadry były wyjątkowo niemiłe, mógłbym nawet ponieść za to karę (np. za dawanie zleceń pacjentom po tej godzinie).

Jakże się to więc zdarzyło, że o tej godzinie dopiero zaczynam pisać obserwacje lekarskie, zakładać historię choroby i planować badania na następny dzień? Poza 20 min przerwą na drugie śniadanie i drugą taką na obiad nie miałem, poza wyjściami do toalety, chwili odpoczynku. 9 pacjentów? To znaczy: 9 obserwacji, 5 chemioterapii do rozpisania, 5 przyjęć (wymagających założenia historii choroby) i 4 wypisy – bo niektórzy przychodzą i wychodzą tego samego dnia, czyli 6 recept i 2 zwolnienia do wypisania.

Turysta #2

Wróciłem do domu o 19. Za późno – mój syn już śpi. Może i dobrze, bo zaraz po przyjściu nie miałbym ochoty go kąpać. Chciałem napisać coś mądrego, jakąś myśl, która narodziła się w trakcie dnia – co to było? Zapomniałem. Z resztą w tej chwili oglądam serial i jem – właściwie nie wiem, czy to obiad, czy kolacja. Może jutro napiszę, jak wrócę z pracy wcześniej. Tak, wtedy siądę i spiszę, co mi chodzi po głowie, obiecuję sobie.

Recepta

Przyszło awizo z InPost – polecony. Do odebrania w kiosku w godzinach 8-16. M-mm. Raczej nie dziś, raczej nie w tym tygodniu – kolega poszedł na kurs, koleżanka na staż, zastępca szefa jest na urlopie, jest nas za mało, pacjentów tyle, co zwykle – bez szans na tą szesnastą. Piszę upoważnienie i zostawiam w domu. Pani w kiosku odmawia – muszę być osobiście. Jak słyszy, że to mało prawdopodobne, bo jestem lekarzem, nie omieszka powiedzieć “Niech mi pani oczu nie mydli, ja wiem, ile lekarze pracują”. Recepta na mądrość – czemu ja jej nie mam?

Cyrograf

Podpisuje Pan cyrograf” – powtarza pacjent, którego zostawiłem na jeden dzień innemu lekarzowi, sam schodząc z dyżuru (wreszcie czas na odwiedziny u Pani Lepiejwiedzącej!) – “Ta zgoda na chemioterapię to taki cyrograf wie pan. Tak mi powiedział, doktorze” – mówi załamany. Jego żona łapie mnie na korytarzu “Pierwszy raz od śmierci matki widziałam go, żeby płakał. Wczoraj były urodziny syna. Nie zadzwonił, nie był w stanie mówić”.

Miałem wyjść dziś wcześniej. Za dużo do zrobienia, żeby wyjść.3

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się