Dlaczego onkologia?

Dlaczego onkologia?

8 komentarzy

Będąc studentem, a nawet już lekarzem na stażu podyplomowym, bardzo irytowałem się pytaniami o to, jaką specjalizacją jestem zainteresowany. Z jednej strony wiedziałem, że pytania te są bardzo zasadne i jest to taki sam sposób zagajania rozmowy z młodym medykiem, jak dyskutowanie z obcym o pogodzie. Z drugiej strony miałem już doświadczenie, że odpowiadając ludziom niezwiązanym zawodowo z pracą lekarską proste (i szczere) „nie wiem”, narażam się na widok podniesionych ze zdziwienia brwi i odpowiedź będącą wyrazem zmieszania bądź oburzenia. Wobec ludzi, dla których nie miałem cierpliwości tłumaczyć, że w trakcie studiów nie wybiera się specjalizacji (nie wiem kto komu kurde to powiedział, ale bez mała 90% ludzi, z którymi rozmawiam tak myśli), albo wiedziałem, że ich długo nie spotkam, odpowiadałem – przyznam bez bicia – byle co. Było to dużo prostsze niż mozolne tłumaczenie, dlaczego w równym stopniu interesuje mnie anestezjologia co interna… Kiedy jednak do mnie samego zaczęło dochodzić, że onkologia to najprawdopodobniej jest TO, sam zadałem sobie pytanie – dlaczego onkologia?

Wiedza tajemna

Bez wątpienia określenia takie jak „trzeci cykl chemioterapii według schematu FOLFIRI”, albo leki o nazwach w stylu oksaliplatyna czy gemcytabina dają poczucie, że ma się dostęp do wiedzy tajemnej. To satysfakcja porównywalna z czasami, kiedy zaraz po pójściu na studia można było recytować znajomym słynne sulcus tendinis musculi flexoris hallucis longi, patrząc ukradkiem na ich twarze, pełne podziwu (lub irytacji – „Obrażasz mnie? Sam jesteś tendinis!”). Na szczęście, równie szybko przechodzi się nad tym do porządku dziennego i człowiek przestaje się niezdrowo podniecać. Niemniej jednak wiadomo, że wiedza o chemioterapeutykach innym lekarzom do szczęścia nie jest potrzebna, poza wiedzą w stylu, że epirubicyna jest czerwona i uszkadza serce, a po platynie dużo się rzyga. I nie ma w tym nic dziwnego, po co onkologowi wiedza o nazwach i rodzajach protez wewnątrzstawowych?

Tak bardzo rozwojowa

„Onkologia to specjalizacja przyszłości” – ile razy zdarzało mi się to słyszeć… Jest to z resztą całkiem logiczne – obecnie nowotwory są druga przyczyną zgonów (w Polsce, ale statystyka jest podobna dla wszystkich krajów rozwiniętych – tacy jesteśmy zaawansowani) i ich wpływ ciągle rośnie. W związku z tym prowadzi się coraz więcej badań mających na celu stworzyć nowe leki. Onkologia miała być trendy i sexy, razem hej do przodu. I pewnie tak jest, gdzieś tam, w Ameryce. I tamże też pewnie nie za bardzo aż tak. Nie mówię, że się nie prowadzi badań, wprost przeciwnie. Ale świadomość, że od pomysłu do leku na półce minie kilkanaście lat, a potem drugie tyle zanim naprawdę się stwierdzi, że to działa, sprawia że jeszcze długo będę leczyć starą (ponad 30 lat w praktyce klinicznej), dobrą cisplatyną. Poza tym umówmy się – czy opłaca się inwestować miliony (a tyle wymaga ten biznes) w prace nad lekiem, który przedłuży życie o kilka lat ludziom w wieku okołoemerytalnym? Za te same pieniądze można dać podwyżki górnikom, to chociaż nie trzeba będzie okien wymieniać na al. Ujazdowskich…

Hardcore

Kiedy jednak – czasem – zdradzałem się innym z moimi zamiarami i mówiłem jasno „onkologia, ewentualnie najpierw interna!” musiałem się wcześniej upewnić, czy mój rozmówca niczego akurat nie ma w ustach, coby się biedak nie udławił. Ja się tutaj nie przechwalam, uważam, że ta specjalizacja nie jest w niczym lepsza czy gorsza od innych – jest po prostu inna. Ale chcąc być szczerym, muszę przyznać, że reakcje otoczenia z reguły były… intensywne. „Naprawdę?!”, „Pogieło Cię?!”, „O Boże…” – brakowało jeszcze przeżegnania się i splunięcia przez ramię, żeby złe przegnać. Sądzę, ze niektórzy łagodniej by przyjęli informację, że przechodzę na islam (z całym szacunkiem do tej religii, nic do niej nie mam) albo wróciłem z odwyku, niż wybór specjalizacji. „Byłam kiedyś w Centrum Onkologii” – mówi mi jedna matka mojego dobrego kolegi w odpowiedzi – „czułam się jak w jakiejś… umieralni, ta atmosfera, te korytarze…” – głos się jej załamuje niczym podczas opowiadania sobie strasznych historii przy ognisku na zielonej szkole.
Brzmi to może jakbym za nic miał ludzkie cierpienie i tragedię tak poważnej choroby. Otóż nie, ja po prostu uśmiecham się pod nosem na stereotypowe reakcje ludzi, którzy z onkologią nie mieli, lub mieli niewiele wspólnego (znajomy znajomego chorował – przy obecnej epidemiologii każdy, kto żył ponad 25 lat musi znać kogoś, kto zmarł na raka, statystyka nie przepuści). Jeśli mówi mi to ktoś, kto ma jakieś poważniejsze doświadczenia – to co innego. Wtedy zamieniam się w słuch, bo każda relacja o chorobie poza szpitalem to wartość dodana i nowa perspektywa, która pomaga zrozumieć pacjenta i jego rodzinę. Ale sytuacja, w której niemal każdy, nawet znajomi studenci/lekarze, na wieść o moim wyborze reaguje z nabożną czcią, mnie po prostu bawi – inaczej musiałbym chodzić do pracy na klęczkach z różańcem w dłoni.
Poza tym – już mniej skromnie – ja lubię wyzwania. I w tym onkologia na pewno mnie nie zawodzi. To specjalizacja, w której dbanie o dobre relacje z pacjentem są tak samo ważne jak samo jego leczenie. To po prostu kawał cholernie ciekawej i wymagającej działki medycyny.

I to jest fajne, oto dlaczego.

Miniatura artykułu: Infuzja cyklofosfamidu. Źródło:

wikipedia

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się