Rezydentura szkodliwą jałmużną?

Rezydentura szkodliwą jałmużną?

6 komentarzy

Kolejne „rozdania” miejsc rezydenckich czarno na białym pokazują, że zapewnienia Ministerstwa o zwiększeniu ilości miejsc rezydenckich i obietnice stworzenia warunków do kształcenia nowych specjalistów można swobodnie odłożyć na półkę gdzieś między projekty rozbudowy sieci autostrad i reformy KRUS. Właściwie plany te znajdują się raczej wciśnięte gdzieś za szafę, żeby za bardzo w oczy nie kłuć. Tymczasem nachodzi mnie refleksja, czy samo założenie tego systemu nie jest błędne, a co za tym idzie, czy aby przypadkiem fakt istnienia rezydentur nie przynosi więcej szkody, niż pożytku…

Liczby

W sesji marcowej br. MZ przyznało równo 500 miejsc rezydenckich, ubiegłej jesieni – 2464, podczas gdy tylko w 2013 r. samych lekarzy kończących staż podyplomowy było 3339. Sytuacja co roku konsekwentnie prezentuje się bardzo podobnie, tworząc coraz liczniejszą armie lekarzy muszących radzić sobie w inny sposób.
Oczywiście, rezydentura to nie jedyna droga do specjalizacji. Oczywiście, Państwo nie jest od tego, żeby rozpieszczać każdego lekarza i głaskać go po głowie. Sam nie jestem za tym, żeby każdemu z marszu gwarantować miejsce pracy, bo obniża to motywację do samokształcenia się i podnoszenia swoich kwalifikacji. Jednak system w obecnej formie zamienia młodych lekarzy w wygłodniałe psy, gotowe rzucić się sobie nawzajem do gardeł, byleby otrzymać jakiś ochłap rzucony przez wielce dobrotliwego Pana odpowiedzialnego za przydział finansowania. A gdy lud głodny, to nie ma czasu myśleć o niczym więcej poza napełnieniem żołądka i nie w głowie mu rewolucje. Mechanizm ten jest tyleż prosty, co genialny i od setek lat sprawdzał się wśród rządzących.

Pieniądze, pieniądze i… jeszcze raz pieniądze

Przyjrzyjmy się orientacyjnym kwotom, jakie ponosi Rząd na uposażenie (co w praktyce jest prawie równe wykształceniu) rezydentów, co za tym idzie, na „stworzenie” nowych specjalistów. Na których brak zaczął narzekać ostatnio nawet sam Premier i Minister Zdrowia.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Zdrowia z dnia 20.12.2012, od 1 stycznia 2013 wysokość zasadniczego wynagrodzenia lekarzy rezydentów wynosi przez pierwsze 2 lata 3170 zł, następnie 3458 zł BRUTTO. Dla tzw. „specjalizacji priorytetowych” kwoty te wynoszą odpowiednio 3602 i 3890 zł BRUTTO.
Ministerstwo Zdrowia w 2012 roku (do 21 listopada) finansowało ponad 3 300 umów zawartych z podmiotami zatrudniającymi ponad 13 tys. rezydentów, na których realizację MZ przekazało ponad 540 mln zł. To niemała kwota, owszem. Pozwólcie teraz, że posłużę się bardzo przyziemną sztuczką i zagram na poziomie rządzących, porównując te dane z czymś z zupełnie innej bajki.

W samym 2011 roku Polska wydała 1 544 mln zł na finansowanie ok. 2500 żołnierzy tworzących nasz kontyngent w Afganistanie (źródło 1, źródło 2). Nie kwestionuję naszych zobowiązań wobec naszego jakże kochanego i zawsze wdzięcznego (i od lat, och jakże chętnego do zniesienia wiz) sojusznika. Nie pytam nawet, czy tamtejsza wojna cokolwiek nam (nam Polakom, nie koncernom zbrojeniowym) przyniosła. Ale nieśmiało zaproponuję, czy aby jaki kwatermistrz wysokiego szczebla nie byłby skłonny zamówić o 40 mniej (z łącznie zakupionych 690) transporterów opancerzonych Rosomak, kupionych z myślą o tamtej wojnie. Jeden z takich samochodzików kosztuje ok. 15 mln zł (a po powrocie z misji ze względu na stopień uszkodzenia może być co najwyżej ciągnikiem), więc oszczędzając na 40 takich Polski rząd byłby w stanie PODWOIĆ ilość rezydentur. Taka mała sugestia dla panów bardzo ubolewających, że nie widzą sposobu na zwiększenie dostępności do specjalistów.

Hunger Games

Paranoja obecnego systemu rezydenckiego polega na tym, że niwelując jedne nierówności w dostępie do specjalizacji, tworzy drugie. W poprzedniej, jakże fe i fuj wersji chodził sobie student/stażysta/młody lekarz przez pół roku na np. oddział urologii, chodził pilnie i się udzielał. I albo się ordynatorowi spodobał, albo nie. I wtedy mówił mu szef „chcemy cię” i podpisywał sobie taki młody lekarz umowę o pracę ze szpitalem i pracował, specjalizował się.
No ale oczywiście w polskiej rzeczywistości taki układ musi budzić patologie (lub chociaż rzucać cień podejrzeń o ich istnienie). No bo skąd pewność, że ów dobrze zapowiadający się młody chirurg nie jest przypadkiem bratem szwagra ciotki dziadka (czy jakoś tak) ordynatora? Albo ich ojcowie nie należą do tego samego kółka łowieckiego i wspólnie nie piją wódki co niedziela?
Stworzono więc system przyznawania rezydentur na zasadzie konkursu ocen z testu, którego przydatność kliniczną podstawy programowej co roku poddaje się w wątpliwość. Co roku pojawiają się zarzuty o to, kto i ile ściągnął (od kilku lat dzięki dostępności komórek z internetem, kiedyś lepiej mieli ci z większymi stopami, bo mogli więcej zapisać na podeszwie). Tak czy inaczej, stworzono zunifikowany system, a co za tym idzie – tak samo niesprawiedliwy dla wszystkich, tym samym niwelując zarzuty o dyskryminację.

Do tego dołączono system rodem z Hunger Games (wersja dla starszych czytelników: z Mad Maxa), w którym najlepsi otrzymują zagwarantowane od Państwa zatrudnienie na czas trwania specjalizacji. Haczyk tkwi we wspomnianym już szczególe – nie dla każdego starcza. Tak rozpoczyna się konkurencja o punkty z LEPu/LEKu w której ważniejsze od tego, czy ktoś umie zszyć ranę lub zaordynować właściwy lek jest to, czy przeczytał i na ile dokładnie „zmemoryzował” książki wymienione w zaleconej literaturze do Egzaminu. Krótko mówiąc, niczym u psa Pawłowa, utrwalane są wzorce, do których każdy z nas przywykł z czasów studiów: Z-Z-Z (Zakuj, Zdaj, Zapomnij).

Jednak to w samo w sobie nie jest najgorsze. W końcu to tylko kolejny egzamin.
Prawdziwy Sajgon rozpoczyna się w momencie ogłoszenia wyników.

Wtedy sytuacja panująca w środowisku młodych lekarzy przypomina tę z Wall Street z czasów Czarnej Środy. Pojawiają się spekulacje, licytacje, panika. Ci, co dostali 90% martwią się, czy dostaną się na wymarzoną okulistykę. Ci, co dostali 80% martwią się, czy dostaną się na wymarzoną internę, no bo a nuż w tym roku próg się podniesie… Ci co dostali 60% zastanawiają się gorączkowo, czy chcą być lekarzem rodzinnym, czy specjalistą rehabilitacji. A może nikt w tym roku nie będzie chętny na epidemiologię?
W efekcie prymusy z 89%, którzy nie dostali się na okulistykę idą na rok do NPLu lub wyjeżdżają za granicę jako młodzi-zdolni-ambitni, a za kilka lat tytuł otrzymają ludzie, którzy zupełnie nie odnajdują się w swoim zawodzie.

Paranoja.

System, z założenia całkiem dobry, został zupełnie wypaczony przez przyziemne problemy. Bo Ci zdolni lekarze, którzy celowali wysoko i upadli, teraz zostają na lodzie. Do wyboru mają: wolontariat lub roczne chałturzenie w oczekiwaniu na kolejny cud za rok.

Spirala

I tu pojawiło się słowo klucz: wolontariat. Sam fakt jego istnienia jest najlepszym indykatorem patologii obecnego systemu. Kto decyduje się 5,6 i więcej lat pracować za darmo? Tylko ktoś mocno zdesperowany. A co sprawia, że pracodawca może bezkarnie zatrudniać lekarza jako niewolnika (bo tak należy to nazwać)? Mechanizm wolnorynkowy. W momencie, w którym większość potencjalnych pracowników (rezydentów opłacanych przez Ministerstwo) jest dla dyrektora szpitala darmowa, nie ma on absolutnie żadnej motywacji, żeby zapłacić za pracę komuś, kto na dodatek dostał gorszy wynik z egzaminu. Jest to okrutnie logiczne.
Część młodych lekarzy w akcie desperacji godzi się na wolontariat, nie chcąc się zestarzeć w oczekiwaniu na otrzymanie rezydentury (które na tym poziomie wyników z egzaminu ma więcej wspólnego z losowaniem LOTTO, niż z faktyczną przewagą takiego czy innego zdającego LEP/LEK). To tylko nakręca spiralę patologii, dając ciche przyzwolenie dla takiego rozwiązania. No bo który pracodawca będzie płacił pracownikowi, skoro na jego miejsce ma 10 chętnych, by pracować za darmo?

Po 5/6 latach pracy na dwóch lub więcej etatach (z czegoś trzeba w końcu żyć), mieszkania kątem u rodziny i znajomych (bo kogo stać na mieszkanie, jeżeli jedyny przychód jest za pracę po nocach?) i jedzenia obiadów ze słoików, żaden, nawet najbardziej szlachetny umysł, nie uniknie wypaczenia. Jeśli dodać do tego lata spędzone na wysłuchiwaniu wyzwisk i chodzenia na kolanach za swoimi jaśnie-przełożonymi, mamy już obraz człowieka, który nie ma żadnej motywacji, by oddać swój kawałek ciężko zarobionego chleba. Gdy po latach kolejni młodzi ochotnicy pukają do drzwi jego szpitala, czy będzie zadowolony z faktu, że oto wyrasta mu właśnie konkurencja, podczas gdy jest on jednym z 5 specjalistów w okolicy i wreszcie ma okazję odkuć się za wszystkie lata poświęceń?

Dać wędkę, nie rybę

Jeżeli mówi się A, powinno być też B. Polska jest mistrzem półśrodków. Tylko, że te półśrodki nie działają nawet w połowie. Albo MZ zapewni faktyczną możliwość kształcenia się rezydentów, pozostawiając tylko mały margines odrzucenia dla ludzi wybitnie niezdolnych i niezmotywowanych, albo niech da sobie spokój z tworzeniem iluzji „zapewniania możliwości kształcenia się nowych specjalistów”. Mechanizmy wolnorynkowe przy odpowiednich sankcjach za ich nieprzestrzeganie (np. kary dla ośrodków dyskryminujących rezydentów spełniających wymagania, zakaz wolontariatu) powinny unormować obecnie chorą sytuację. Bo na wolontariat może się godzić część, ale nie wszyscy.

Dziś szkolić się można tylko w stosunkowo nielicznych miejscach. O ile jest to zrozumiałe przy specjalizacjach wymagających użycia specjalistycznego sprzętu (np. radioterapia), to nie bardzo jestem w stanie wyobrazić sobie, w czym chirurg z małego szpitala powiatowego (w którym najpewniej i tak dalej by został i pracował) byłby gorszy od chirurga „wywodzącego” się z Intergalaktycznej Multidyscyplinarnej Polikliniki z Wielkiego Miasta? Że niby tylko ten drugi skończyłby szkolenie przerabiając cały program szkoleniowy. Serio? A ile razy słyszeliście o tym, że w dużych klinikach młody robi papiery i wycina co najwyżej tłuszczaki a super-hiper operacji nawet nie widzi przez plecy kolegów, bo za mały jest? To może zróbmy tak – niech się chłopaczyna szkoli w małym mieście, a do dużego przyjeżdża tylko na miesięczny staż z super-chirurgii.

Dodatkowo warto by bardziej szczegółowo prześwietlić sytuację mało dostępnych specjalizacji: okulistyki, dermatologi i im podobnych. Co właściwie czyni te specjalizacje tak trudnymi do osiągnięcia dla człowieka bez odpowiedniego nazwiska, skoro ww. specjalistów rzekomo brakuje? Czy naprawdę co roku w całej Polsce jest możliwość przeszkolenia tylko 10 specjalistów? Czyżby?

Disclaimer & Credits

Na wszelki wypadek o tym powiem, gdyby komuś nie chciało się przeczytać innych moich tekstów na tej stronie: nie, nie jestem sfrustrowanym niedoszłym chirurgiem czy okulistą. Dostałem się zupełnie bezproblemowo na rezydenturę z onkologii i jestem z niej (na dzień dzisiejszy przynajmniej) zupełnie zadowolony. Specjalistów z mojej dziedziny jest taki niedomiar, że jeszcze długo nie będę narzekał na brak pracy i możliwości. Ale to, że należę do wspomnianej fajniejszej grupy, nie zmienia jednak zasadniczego faktu, że problem jest. I sam najwyraźniej się nie zmieni, bo rządzący nie mają w zwyczaju zmieniać czegoś, dopóki zupełnie się nie zawali, ktoś nie zginie w spektakularnych okolicznościach, albo nie poczują smrodu palonych pod oknami opon. Dlatego proponuję, żeby inicjatywa zmian wyszła z naszej strony: Izb Lekarskich, OZZL, konsultantów krajowych. Chcesz liczyć, licz na siebie.

Źródło miniatury:

jaroslaw.dominikanie.pl

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się