Będąc mamą lekarką

6 komentarzy

Kiedy miałam 19 lat, zafascynowana serialem “Chirurdzy” miałam wielkie marzenie: zostać jednym z nich. Byłam, pełna ideałów, chciałam leczyć ludzi, mieć w swoich dłoniach moc sprawczą. W trakcie trwania studiów moje priorytety zaczęły się zmieniać, pojawiła się miłość, chęć posiadania spokojnej odskoczni od całej presji zawodu lekarza. Nagle okazało się, że muszę wybierać, co jest dla mnie ważniejsze, bo jeśli tego nie zrobię, ktoś tą decyzję podejmie za mnie. Musiałam odpowiedzieć sobie na egzystencjalne pytania i tak założyłam rodzinę, wychodząc z założenia, że na łożu śmierci w dłoni chciałabym mieć dłoń najbliższych a nie podręcznik… Nazywam się Dominika Wojsz i jestem mamą, mamą- lekarzem. Zapraszam Was do przeczytania serii przemyśleń o roli kariery zawodowej w macierzyństwie i roli matki w lekarskiej karierze.

Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która pracuje w przychodni. Bardzo narzekała, bo większość jej pacjentów stanowią dzieci. Jako lekarz rodzinny ma obowiązek przyjmować dorosłych i maluchy. Tak się złożyło, że w okolicy ośrodka zdrowia mieszkają same młode rodziny, a w zespole brakuje pediatry. Oburzona stwierdziła, że przecież z takimi maleństwami powinno się iść do specjalisty!

Pokiwałam ze zrozumieniem głową, bo znajoma jest bezdzietna, a sama pamiętam, jak zanim zostałam Mamą reagowałam na noworodki w gabinecie. Do dziś przechodzi mnie dreszcz przerażenia na wspomnienie 3 tygodniowego malca z rozległą ciemieniuchą, który został wniesiony z impetem przez oszalałą matkę. Nie dziwię się jej przerażeniu, całą główkę pokrywały równomierne strupy, a dziecko zanosiło się płaczem. Tak bardzo mnie to „straumatyzowało”, że swojego Bąbla po urodzeniu myłam codziennie, nie zapominając o dokładnej pielęgnacji główki, co pozwoliło nam uniknąć tej nieprzyjemnej dolegliwości. Na szczęście mieliśmy w lecznicy świetną specjalistkę chorób dziecięcych, do których odesłałam owego noworodka i wszystko skończyło się dobrze.

Moje „niemedyczne” koleżanki, które zwracają się z prośbą o pomoc w kwestii zdrowia swoich maluchów, zawsze podsumowują rozmowę: Ty masz dobrze, bo jesteś lekarzem i się na tym wszystkim znasz. A jaka jest prawda? Cóż…

Kiedy dowiedziałam się, że spodziewam się dziecka, pierwsze, co zrobiłam, to przerażona perspektywą nieznanego pognałam do…wyszukiwarki, wpisując panicznie hasło: jestem w ciąży i co dalej?! Od razu wyświetliły mi się blogi i strony, które zaczęłam namiętnie przeglądać. Trzeciego dnia poszukiwań skapitulowałam poznawszy zatrważającą ilość miejsc, gadżetów, aplikacji, książek i gadżetów, które są niezbędne przyszłej matce. Jeszcze bardziej zagubiona stwierdziłam, że cały proces trzeba wziąć z opanowaniem i na logikę, wykluczając rzeczy zbędne.Zaczęłam od tego, co znałam najlepiej, czyli książek i z całego serca polecam „W oczekiwaniu na dziecko” Heidi Murkoff. Przyznam szczerze, że porusza temat ciąży znacznie szerzej niż niejeden podręcznik położnictwa. Ujmuje problemy w bardzo życiowy sposób. Poprzysięgłam sobie, że nie przeczytam ani jednego poradnika na temat wychowania, słowa dotrzymałam… aż do porodu. W międzyczasie zajmując się gromadzeniem wyprawki. Co okazało się materiałem godnym do napisania doktoratu, o ile nie od razu habilitacji. Sama kwestia znalezienia odpowiedniego wózka okazał się na tyle istotna, że przeprowadziłam wywiad wśród znajomych i rodziny, którzy mieli cokolwiek wspólnego z posiadaniem małych dzieci.

Nieraz wiedza fachowa przydała się w kwestii rozwiewania różnych mitów dotyczących ciąży, jak na przykład szkodliwości częstych USG, czy spania jedynie na lewym boku. Obalanie ich żelazną logiką, ukrócało proces w zarodku, dlatego nawet drzemki na brzuchu w towarzystwie poduszki dla ciężarnych uszły mi na sucho.

Nieuchronnie jednak zbliżałam się do porodu. A jak tutaj wyglądało zderzenie wyobrażeń z rzeczywistością? O ile na zajęciach widziałam kilkanaście porodów, w tym cesarskie cięcia, o tyle będąc pacjentką przeżyłam coś zupełnie innego. Zaczęłam zauważać wiele trudności w komunikacji i samym systemie zdrowia. Od tego momentu moje macierzyństwo okazało się „jazdą bez trzymanki”, gdzie wiedza ze studiów zaczęła być nieustannie weryfikowana… Z jednej strony miałam świadomość, że istnieją kwestie takie jak baby blues, problemy z laktacją, ale nie sądziłam, że wyglądają one właśnie TAK! i zdarzą się mnie, skoro byłam ich świadoma.

Sądzę, że moja uczelnia nie była odosobniona w reklamowaniu karmienia piersią, jako najlepszego sposobu odżywiania noworodka i niemowlęcia. Dlatego nie sądziłam, że coś tak naturalnego i pięknego może okazać się trudne. Tymczasem początek był bolesny, a później pojawiły się problemy z przybieraniem na wadze malca, czyli padł na mnie blady strach! Mały płakał, a ja z mężem nie wiedzieliśmy, jak sobie z tym poradzić. Po kilku charakterystycznych objawach sama zdiagnozowałam nietolerancję mleka krowiego. Musiałam przejść na dietę bezmleczną, co dla osoby, której 80% posiłków stanowi nabiał, było ogromnym wyrzeczeniem.

Studia medyczne nauczyły mnie wytrwałości w chwilach, gdy mam poczucie bezsilności i tego, że wszystko mnie przerasta, tak dobrze znane chociażby z zajęć farmakologii. Okazało się to bardzo przydatne, kiedy mały nieustannie płakał z niewiadomej przyczyny. Niewyspanie na dyżurach, czy z powodu nauki po nocach, przypominało częste wybudzanie na karmienie. No i creme de la creme- tzw. „syndrom trzeciego roku studiów”, kiedy każdy nowo poznany objaw choroby skłaniał mnie do wyszukiwania pozostałych symptomów, bo na pewno jestem na coś chora. Kiedy coś się działo z synkiem, już miałam przeprowadzoną w głowie całą diagnostykę z listą potencjalnych rozpoznań różnicowych.

Już teraz wiem, co czuje matka, która przerażona przychodzi do przychodni, bo dziecko gorączkuje i nie da się niczym zbić temperatury. Co to znaczy ząbkowanie i nieprzespane noce. Poznałam strach przed wysypką na całym ciele dziecka. Uroki żłobkowego życia i licznych infekcji. Lęk przed posiadaniem niejadka, podsycany strachem dziadków. Wątpliwości co do prawidłowego rozwoju psycho-ruchowego, postawy i wiecie, co? Jestem przez to lepszą matką i lekarzem!

Doświadczenie macierzyństwa kompletnie mnie zmieniło, jako człowieka, zarówno prywatnie jak i zawodowo. Na wiele spraw patrzę zupełnie inaczej. Wiem, że coś, co sprawdzi się u jednego człowieka, może być kompletną pomyłką u drugiego. Jednak wcale nie jest mi łatwiej być matką, bo jestem lekarzem. Potrzebuję kogoś obiektywnego, by ostudził moje emocjonalne podejście do kwestii zdrowotnych synka. Jest nawet taka niepisana zasada, że nie powinno się leczyć członków własnej rodziny i powoli rozumiem, dlaczego…

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się