Wspomnienia z rezydentury: Onkologia

Wspomnienia z rezydentury: Onkologia

14 komentarzy

Ten moment musiał nadejść. Dziesiątki wysłanych maili, kilkanaście odbytych rozmów telefonicznych. Wszystko w jednym celu – dowiedzieć się z pierwszej ręki, jak to jest szkolić się z onkologii. Pytania, wątpliwości. Historie, anegdoty. Stwierdziłem, że czas najwyższy spisać moje spostrzeżenia i uwagi. I choć poprzeczka została ustawiona przez moich poprzedników wysoko, mam nadzieję że ten tekst ułatwi Ci podjęcie decyzji, czy chcesz zostać onkologiem.

Śmierć. Cierpienie. Strach. Rak.

Chemia, wymioty, włosy w umywalce. Krew na chusteczce. Wywiady ze znanymi ludźmi, którzy "walczą z chorobą" i wspomnienia ludzi, którzy z nią "przegrali" – czarno białe, uśmiechnięte, ładne młode twarze. Wszystko to znamy bardzo dobrze. Tym karmią nas media, to słyszymy od znajomych, sąsiadów, od ludzi w tramwaju, kiedy poruszany jest temat chorowania na nowotwór. Ale co to ma wspólnego z pracą lekarza onkologa?

Niewiele.

Jestem

Jesteś lekarzem. Będziesz im pomagać – bo leczyć nie będziesz ich zawsze. Wszystkie te demony staną się dla Ciebie objawami niepożądanymi, powikłaniami, czynnikami prognostycznymi. Na większość z nich są leki, i to całkiem skuteczne. Na resztę pozostajesz Ty. Tak, Ty. Czasem nic nie pomaga lepiej niż porozmawianie pięć minut dłużej z pacjentem, wytłumaczenie mu, co się z nim dzieje i dlaczego, co go czeka. Nawet jeśli masz dla niego złe wiadomości, danie mu do zrozumienia, że może liczyć na Twoją pomoc i nie zostanie w chorobie sam, potrafi zdziałać więcej niż dodatkowe dawki leków. Stoi to zapewne w sprzeczności z naszą lekarską intuicją i głęboko wpojonym na studiach przekonaniem, że opieka nad pacjentem odbywa się na zasadzie akcja-reakcja. Jest choroba, jest leczenie. Jest objaw, jest interwencja. Stosunkowo szybko zauważyłem, że wdzięczność pacjentów i ich rodzin zależała bardziej od mojego zaangażowania w terapię, niż jej skuteczności. Duża część Twojej pracy (jeśli wykonujesz ją dobrze) to rozmowa, rozmowa, rozmowa. Z pacjentem, z rodziną.

Sądzę, że musisz szybko zrozumieć fakt, że leczenie ma polegać na zaoferowaniu najlepszej możliwej pomocy, a nie na zagwarantowaniu efektów terapeutycznych – dopiero wtedy będziesz w stanie spokojnie przychodzić rano na oddział i wychodzić z niego po południu. Czuć satysfakcję wiedząc, że zrobiłeś/aś po prostu wszystko, co było można. Nawet jeśli dzień kończyłby się bilansem trzech zgonów i dwóch dyskwalifikacji z leczenia – nie jest Twoją winą, że ktoś choruje na nowotwór. Twoim zadaniem jest troszczyć się o chorego, ale rzadko kiedy oznacza to, że jesteś w stanie wyleczyć kogoś z choroby.

Nie.

Jeśli się z tym wewnętrznie nie godzisz, nie idź na onkologię. Przeważająca ilość pacjentów onkologicznych jest leczona paliatywnie – czyli terapia nie stawia sobie za cel nadrzędny wyleczenie pacjenta. Ma być kompromisem pomiędzy jakością życia, a spodziewanym wydłużeniem czasu przeżycia / czasu wolnego od choroby (QUALY). Czasem oznacza to, że lepiej jest kogoś po prostu nie leczyć – bo narazi to człowieka na toksyczność terapii i sprawi, że umrze (w cierpieniu) szybciej, niż gdyby nie uzyskał żadnego leczenia. Całkiem szybko zaczniesz "czuć", komu nie należy rozpoczynać terapii, a kogo warto leczyć za wszelką cenę. Problem leży zupełnie gdzie indziej – w wytłumaczeniu tego pacjentowi/pacjentce. I rodzinie.

Przychodzą do szpitala po raz pierwszy, skierowani od chirurga, który wytłumaczył już im, że tata/mama/siostra/brat/etc. nie może być operowany, bo choroba jest zbyt zaawansowana i "cała nadzieja" w onkologu. Przywożą chorego na wózku, bo z powodu zaawansowania choroby i postępującego osłabienia nie jest w stanie chodzić o własnych siłach. Z dostępnej dokumentacji wyczytujesz: świeżo rozpoznany rak płaskonabłonkowy płuca, liczne przerzuty do kości, wieloletni palacz papierosów, stan po dwóch zawałach, frakcja wyrzutowa 35%, przetrwałe migotanie przedsionków w spirometrii FEV1/FV 60%, kilkanaście przyjmowanych leków… Przerzucasz kartki, spoglądasz przed siebie i widzisz pełne napięcia spojrzenia ludzi, którzy czekają na to, co powiesz. Czekają na słowa "jest nadzieja", "będziemy leczyć". A nie będziecie. Bo byłoby to nieetyczne. Pacjent umarłby jeszcze pierwszego dnia chemioterapii.

Wracam do tego, co powiedziałem – musisz mieć parę spraw poukładane w głowie. To nie jest Twoja wina, że człowiek jest chory i obciążony. Dyskwalifikując go z leczenia działasz dla jego dobra – on nie wie, co go może czekać. Nie jest lekarzem (nawet lekarze nieonkolodzy nie wiedzą). Ma prawo oczekiwać, mieć nadzieję, że będzie leczony. Chce żyć. Każdy z Was ma rację. Twoim zadaniem jest wytłumaczyć się ze swojej decyzji z poszanowaniem punktu widzenia rodziny i pacjenta. Dla mnie osobiście rozmowy o dyskwalifikacji z leczenia są najbardziej wymagające i obciążające psychicznie. Czujesz się jak pilot myśliwca – jeden niewłaściwy ruch i katastrofa gotowa. Musisz umieć ważyć słowa, wiedzieć co i dlaczego chcesz powiedzieć. To umiejętność – taka sama jak wkłucie wenflonu – więc jeśli nie będziesz unikał tych sytuacji, z każdym razem będziesz to robił coraz lepiej – empatycznie i asertywnie zarazem.

Poznaj ludzi i zobacz, jak umierają

Kolejna grupa pacjentów, z mojego doświadczenia najliczniejsza, to ludzie, którzy kwalifikują się do leczenia i to leczenie okazuje się być skuteczne. Jedną z wyjątkowych cech, jaka odróżnia onkologię od innych specjalizacji, jest to, że swoich pacjentów widzisz na oddziale regularnie – kiedy przychodzą na kolejne kursy chemii. Z reguły są to odstępy dwu-trzytygodniowe, niektóre schematy zakładają podawanie leku co tydzień, inne co miesiąc. Leczenie, nawet to nastawione na wyleczenie pacjenta (radykalne / uzupełniające) trwa miesiącami – min. 3, przeważnie 6 miesięcy. Potem widujesz ich na kontrolach w poradni. Chcąc nie chcąc, spędzasz z pacjentem / pacjentką kawał czasu. Poznajesz go, często polubisz. W czasie kolejnych hospitalizacji, nawet jeśli spieszysz się w trakcie przyjmowania i badania, dowiadujesz się kolejnych szczegółów z jego życia – że miał ostatnio czyjś ślub, że córka rodzi w maju, że firma podupada. Po pewnym czasie zaczynasz kojarzyć człowieka już nie tylko po rozpoznaniu i na sali nie leży "rak płuca", tylko informatyk z irytującą żoną i przyrodnią córką, a szwagier jej znajomego leczył się w tym samym oddziale pół roku temu (prawdziwa historia). Z każdym kolejnym miesiącem oddział zamienia się w Twoich oczach w mikrowszechświat.

I nadchodzi moment, w którym leczenie przestaje być skuteczne. Jest progresja w którejś kontrolnej TK. Zmieniasz leczenie, nowa linia chemioterapii działa. Są nowe nadzieje, ale pacjent jakby już nie ten sam – już nie chodzi tym dziarskim krokiem po korytarzu. Na oddział wjeżdża windą, a nie, jak wcześniej, wchodzi po schodach. Na twarzy rysuje się zmęczenie i irytacja.

W końcu wyczerpują Ci się opcje. Minął rok, półtora, pięć lat. Dałeś pacjentowi wszystko, co mogłeś, a nawet eksperymentowałeś z nowymi schematami. Pora powiedzieć dość. Znowu musisz zdyskwalifikować. "Zakończono leczenie onkologiczne, dalsza opieka w ramach hospicjum" – napisać łatwo, wręczyć do ręki już trudniej. Czeka Cię trudna rozmowa. W swoim przebiegu łatwiejsza, niż ta z pacjentem pierwszorazowym, któremu odmawiasz na starcie i spotykasz się z oporem. Nie, tu trudność leży gdzie indziej. Chory z reguły już wie, że już dosyć, że "żyje dłużej, niż powinien". To Ty nie chcesz się z tym pogodzić. Wraz z nim/nią umiera jakaś mała cząstka Ciebie.

Poznaj ludzi i zobacz, jak przeżywają

Jeśli wciąż to czytasz, to znaczy, że chyba jednak chcesz zostać onkologiem. Musisz mi wybaczyć, ale lubię się popisywać i dramatyzować. Stwierdziłem, że na początku trzeba wyłuszczyć najtrudniejsze kwestie – Twojego własnego nastawienia do problemów, z którymi się zetkniesz. Teraz mam dobre wieści – od tego momentu będą już głównie miłe rzeczy.

Jest pewna grupka – mniej liczna, niż pozostałe – pacjentów, którzy spektakularnie reagują na leczenie. CR, complete response – całkowite zniknięcie wszystkich przejawów choroby, brak ognisk nowotworu w badaniach obrazowych, słowem – wyleczenie. Tu kolejny haczyk filozoficzny – czym jest wyleczenie? Pytam dlatego, bo, pomimo uzyskania CR, choroba potrafi nawrócić. Po 3 miesiącach, po roku, po 20 latach. Naukowcy mówią wtedy o drugim nowotworze de novo, ale jakie to ma znaczenie dla pacjenta, skoro drugi raz w swoim życiu musi np. leczyć się na raka jądra? Dlatego my – onkolodzy – chętniej mówimy "jest w remisji", choćby pacjentka miała 70 lat i chorowała ostatni raz 30 lat temu.

Ale to takie nasze zboczenie. Dla pacjenta słowa nie ma mają już takiego znaczenia. On/ona jest zdrowy/a. Rak rzuca się cieniem na podświadomość, co jakiś przy okazji przeziębienia i powiększenia się węzłów chłonnych powraca strach przed nawrotem choroby, ale życie jakoś się toczy – i nic nie wskazuje na to, by miało się skończyć. Przychodzą do poradni co 3, 6 miesięcy na kolejne badania i wtedy z nieukrywaną radością możesz wręczyć im wynik TK / markerów, z którego wynika, że jest dobrze. "Jest dobrze, proszę pana/pani", mówisz. I tak się też czujesz.

Nieustający rozwój

Są też przypadki, które nie przestaną Cię zadziwiać. Bo jak inaczej reagować na pacjenta z adenoca trzustki, który jest leczony paliatywnie od siedmiu lat? Przeciętna chemioterapia jest skuteczna przez pół roku, góra rok, tymczasem w kolejnych badaniach obrazowych jak byk wychodzi stabilizacja choroby – guz jest, widać go i w głowie trzustki jak i meta w wątrobie. Z badania na badanie ani drgnie. Że pomyłka diagnostyczna? Hist-pat był z wyciętego meta z wątrobie, był dwukrotnie konsultowany. Guzy w wątrobie to nie torbiele. W pewnym momencie łapiesz się na tym, że szukasz dowodów na to, że Twoja terapia nie może być aż tak skuteczna. A jest.

W zależności od referencyjności ośrodka, wykształcenia patomorfologów i ogólnego ogarnięcia zespołu w Twoim szpitalu, przyjdzie Ci prowadzić mniej lub więcej ciekawych kwiatków.
Leiomyosarcoma przestrzeni zaotrzewnowej, rak nerki chromofobowy, międzybłoniak otrzewnej, guz Wilmsa u 50-latka, signet ring cell carcinoma, wszystko to jest jak cukierek dla dziecka. Odskocznia od kolejnej chemii na raka jelita grubego, czy raka piersi. Coś, co przypomina Ci, jak mało wiesz i że ciągle musisz się kształcić, doczytywać, konsultować, jeździć na sympozja. I jest siła, gra muzyka – chcesz to robić.

Prawie na pewno Twój szef będzie Cię zachęcał do pracy naukowej. Onkologia jest pełna białych plam, nieodkrytych lądów. To prawdziwe Eldorado dla poszukiwaczy przygód i badaczy. Tu nie testujesz 42. generacji beta blokerów i porównujesz ją z 41. w połączeniu z tiazydami. Tu czasem testujesz jakiekolwiek leczenie na chorobę, której nazwa w Pubmed wypluwa raptem kilkanaście wyników! Jeśli tylko masz taką możliwość, pracuj naukowo – tu każdy wynik, nawet negatywny, będzie coś wnosił.

Specyfika pracy

Skoro jesteś już tak daleko w moim tekście, czas na nagrodę. Czas na mięso, czyli krótkie i rzeczowe podsumowanie kilku kluczowych kwestii warunkujących specyfikę pracy onkologa.

Pacjenci

Onkologia kliniczna, mimo bycia specjalizacją typowo zachowawczą, wywodzącą się z interny, gwarantuje Ci pełen przekrój pacjentów. Dużo pacjentów jest stosunkowo młodych (50-60 lat), są aktywni zawodowo i w dobrym stanie ogólnym. Jest to jeden z warunków wdrożenia leczenia – nie podaje się chemioterapii osobom bardzo "schorowanym". Ponieważ średnia wieku pacjentów jest dużo mniejsza niż na typowej internie, masz większą szansę złapać kontakt z pacjentem.

Rodzina pacjenta

Temat rzeka. Nie unikniesz konfrontacji z nimi. Pod wieloma względami jest podobnie, jak na pediatrii – często naskakuje na Ciebie grupa agresywnych i roszczeniowych członków rodziny, zmęczonych czekaniem w każdej możliwej kolejce i oczekuje odpowiedzi na setkę pytań na raz i gwarancji efektów leczenia. Tylko od Twojego opanowania i kultury osobistej zależy, czy uda Ci się ich "okiełznać" i przekierować ich energię na konstruktywne działanie, czy skończy się na słownej przepychance.
Oczywiście, przesadzam. Zasadnicza większość członków rodziny po prostu pomoże Ci w zebraniu wywiadu i zada kilka konkretnych pytań – kiedy i gdzie zawieść chorego, jaki lek podać. Ale ekstrema też musisz znać.

Cudowne terapie

Przy okazji rodzin warto napomknąć o wracającym jak bumerang temacie terapii alternatywnych. Witamina B17, pestki moreli, syrop klonowy z sodą oczyszczoną, sproszkowany koci pazur (to nazwa rośliny Uncaria tomentosa, jakby kto pytał), grzybki Reishi… przez pierwsze pół roku pracy dowiesz się od pacjentów o większej ilości możliwych terapii, niż przeczytasz w książce. Jedno Ci radzę – nie śmiej się, nie okazuj zniecierpliwienia, nie wzruszaj ramionami. Powiedz uprzejmie, że „z dostępnej Ci wiedzy preparaty te nie mają potwierdzonej za pomocą badań klinicznych skuteczności i nie możesz się ustosunkować co do ich efektu terapeutycznego, a na czas terapii odradzasz ich stosowanie ze względu na trudne do przewidzenia interakcje”. Nic mądrzejszego i tak powiedzieć nie możesz (no chyba, że znasz jakieś badania?), a w ten sposób nie deprecjonujesz pracy, jaką ktoś wykonał w dobrej wierze – bo chcieli po prostu pomóc choremu.

Zgony

Chciałbym też odczarować jeden z mitów onkologicznych. Pisałem już o tym szerzej w tekście "Umieralnia". Wbrew temu, co sam tu napisałem, zgonów na oddziale onkologicznym jest dużo mniej, niż na typowej powiatowej internie. Zdarzają się "czarne serie" po kilka zgonów w tygodniu, ale przeważnie bilans to kilka kart zgonów wpisanych w miesiącu a cały oddział. Z opowieści znajomych robiących choroby wewnętrzne wynika, że tyle są w stanie wypisać w trakcie jednego feralnego dyżuru…

Dyżury

Skoro o dyżurach już mowa, warto pociągnąć temat. Dyżury na oddziałach tylko onkologicznych (nie łączonych w stylu "chorób wewnętrznych i onkologii") potrafią być dla Ciebie wyjątkowo łagodne. Raz na jakiś czas zlecisz lek przeciwbólowy, czy przeciwwymiotny, czasem pielęgniarka się o coś spyta, żeby się upewnić, ale większość czasu siedzisz i nadrabiasz zaległe papiery z tygodnia, czytasz wytyczne. Nierzadko noce możesz przespać całe bez absolutnie żadnego telefonu z oddziału.

Oczywiście, bywa też hardkorowo. Młody pacjent w stanie agonalnym z leczeniem uzupełniającym to ktoś, o kogo trzeba walczyć. Wtedy zaglądasz do niego niemal co kwadrans, wydzwaniasz konsultacje, gorączkowo kartkujesz podręczniki. Jeden taki pacjent na oddziale może sprawić, że kiedy schodzisz z dyżuru nie pamiętasz, w którą stronę się wraca do domu.

Radioterapia vs onko

Pytacie się często – co wybrać? Radioterapię czy onkologię kliniczną? Pytanie godne paprykarza – jak żyć? Są to dwie odrębne specjalizacje. I choć profil pacjentów jest podobny, na tym podobieństwa się kończą. Najprościej jest mi odpowiedzieć na odwrót – jeśli nie czujesz się mocny z fizyki, odpuść. Nie zrozumiesz, czym leczysz. Praca w radioterapii to ciągłe przemieszczanie się między oddziałem, pracownią przyspieszaczy, symulatorem, pracownią masek a pokojem fizyków. Mniej masz czasu na bawienie się w internistę. Praca jest ograniczona do kilkunastu miejsc w Polsce. O ile na onkologię mogą jeszcze pójść osoby trochę z przypadku, o tyle na radioterapię decydują się już osoby, które wiedzą, z czym to się je. Praca na pewno daje dużo satysfakcji, nierzadko wyniki leczenia w wybranych chorobach są lepsze niż przy chemioterapii, no ale wynika to też ze stagingu. Nie radzę brać w ciemno.

Dorabianie

Kluczowe pytanie lekarzy stażystów przed wyborem – co ja będę mógł robić po onkologii? Cóż, zależy. Ośrodków do pracy jest ograniczona ilość (w odróżnieniu od interny czy chirurgii ogólnej), ale przybywa. Onkologia jest trendy i wszystko wskazuje na to, że w najbliższych latach pieniądze na nią się znajdą (dzięki dużej presji społecznej).

Odpowiedź na pytanie sprowadza się do dywagacji, na ile można pracować dodatkowo w specjalizacjach zachowawczych a zabiegowych – te drugie zawsze dają większe możliwości na szybkie pieniądze. Jedno jest pewne – pracę znajdziesz na pewno. Jak już pisałem w moim komentarzu do artykułu nt pakietu onkologicznego, w tej chwili w Polsce jest zaledwie 600 onkologów – na setki tysięcy pacjentów! Mało który szpital może sobie pozwolić na zwalnianie specjalistów onkologów.

Fajne leki

Jeśli żadne z powyższych Cię nie przekonało, pozwól, że sięgnę po bardziej prymitywne argumenty – mamy fajne leki. Czy ktokolwiek poza onkologiem wie, co to jest gemcytabina? Albo kolory i postacie: mamy chemie czerwone (doksorubicyna), niebieskie (mitoksantron), żółte (irynotekan), w tabletkach, podawane dożylnie, dootrzewnowo, dotętniczo. Przyłącz się do nas, mamy ciasteczka!

Podsumowanie

Już prawie dwa lata pracuję na onkologii. Nie żałuję podjętej przez siebie decyzji, lubię swoją pracę. Swoje przemyślenia opisuję w prywatnym blogu Będąc Młodym onkologiem, do którego lektury przy okazji zachęcam. Poniżej krótkie przemyślenia dla stających przed wyborem specjalizacji:

Za

  • bardzo ciekawa specjalizacja, nie ma miejsca na rutynę
  • rozwojowa dziedzina nauki, praktycznie co roku wchodzą do standardów leczenia nowe leki
  • szeroki przekrój pacjentów, od młodych po starych
  • poznajesz człowieka i jego prawdziwe oblicze w ekstremalnej sytuacji w jakiej się znajduje
  • działka wiedzy, która jest obca dla innych specjalizacji – wymawiając nazwy leków czujesz się jak czarnoksiężnik ^_^
  • pozwala nabrać dystansu do życia i błahych problemów codzienności

Przeciw

  • często brak czasu na diagnozowanie innych chorób i ogólnointernistyczne leczenie pacjenta – zajmujesz się leczeniem, nie diagnozowaniem
  • większość pacjentów jest leczona paliatywnie, bez szans na wyleczenie
  • znaczna część pacjentów umrze na przestrzeni kilku-kilkunastu miesięcy od rozpoczęcia leczenia
  • skuteczność leczenia bywa daleka od oczekiwań Twoich i pacjentów
  • rozmowy z pacjentem i rodziną potrafią być wykańczające psychicznie
  • części chorych nie będziesz w stanie pomóc mimo najszczerszych chęci

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
14 komentarze
avatar Ewa
Ewa
31.08.2015 08:49:01
Świetny tekst. Oby więcej takich. Dziękuję!
avatar Zuzak
Zuzak
31.08.2015 11:44:41
Bardzo dziekuje za ten swietny artykul
avatar M
M
31.08.2015 12:39:21
Naprawdę jestem pod wrażeniem tekstu, dziękuję!
avatar stażystka
stażystka
31.08.2015 13:26:16
Brawo! Świetnie napisane. Rzeczowo.
avatar erjota-zzyciastudenta.blogspot.com
"opieka nad pacjentem odbywa się na zasadzie akcja-reakcja. Jest choroba, jest leczenie. Jest objaw, jest interwencja." Nie zgodzę się. Nikt mnie tak nie uczył na medycynie. Może zdarzają się jacyś burakowaci asystenci (albo profesorowie), ale ze studiów pamiętam, że wielu mówiło o rozmowie z pacjentem i to jaką ma wartość. Mój obecny szef nie jest mistrzem empatii i rzucania komplementów - przynajmniej do współpracowników. Ale obserwuję go jak odnosi się do pacjenta. To od niego nauczyłem się, że każdemu pacjentowi należy się przedstawić (niby taki szczegół ale wielu o tym zapomina), podać rękę, wyjaśnić kim jestem (wiele osób niestety nie wie co oznacza anestezjolog - mylą z alergologiem, albo robią dziwną minę w stylu a pan co mi głowę zawraca ja mam mieć operację), co należy do moich obowiązków w czasie operacji, po co przyszedłem na wizytę przedoperacyjną. Pacjent musi wiedzieć kto się nim w danej chwili zajmuje i od czego jest dana osoba. W obecnym systemie kształcenia lekarzy (i pracy) już dawno zatraciła się relacja mistrz - uczeń. Kiedyś to mistrz od podstaw przekazywał uczniowi wiedzę. Dzisiaj liczą się procedury. W tym się pacjent może zostać zgubiony, który leży na środku sali operacyjnej. Rozmowa z pacjentem jest niezwykle ważna. Wytłumaczenie mu dokładnie na czym polega zabieg, badanie, leczenie. Wytłumaczenie mu językiem który on rozumie, a nie lekarskimi formułkami, które sprawiają, że czuje się on jeszcze bardziej zagubiony i przerażony. A tak na zakończenie: Poznałem kiedyś pewną panią profesor (notabene jedną z jej specek była onkologia i tym się głównie zajmowała). Wyjaśniła rodzicom powoli i dokładnie na co choruje ich dziecko, jakie są możliwości leczenia, jakie konsultacje i badania trzeba wykonać (regularnie wykonywać) i rokowania (o to często pytają pacjenci - ile mi zostało? - pewnie sam to wiesz lepiej). Odpowiedziała szczerze, że może to być różnie rok, dwa , ale jak będzie 5 lat to będzie można uznać za sukces. Minęło ponad 15 lat i kolejne lata lecą - to jest sukces! Pozdrawiam erjota
avatar Monika
Monika
20.12.2015 14:07:06
Świetny, artykuł, pisz proszę więcej! :) Pozdrawiam
avatar Joasia
Joasia
18.08.2016 16:37:52
Super artykuł !! Nasuwa mi się jedynie jedno pytanie na które nie znalazłam odpowiedzi, jak się kształtują zarobki na etacie/ kontrakcie ? Nie chodzi mi o konkretne kwoty, ale czy są bardziej zbliżone do stawek internistów czy może są na tyle godziwe, że nie trzeba szukać dodatkowego zarobku ?? Mam myśli już specjalistów ;] pozdrawiam ;]
avatar Kacper
Kacper
04.09.2016 09:35:28
Doskonały artykuł, wiele wnosi do wiedzy przeciętnego studenta :D
avatar Diana
Diana
25.09.2016 12:41:36
Świetnie napisane, nie umiałam się oderwać od czytania. Kiedy szłam na medycynę, onkologia była chyba ostatnią specjalizacją o której myślałam w kontekście swojej przyszłości. Ale potem poznałam kilku wspaniałych onkologów, rozmawiałam (na praktykach u lekarza rodzinnego, w ramach wizyt domowych) z pacjentami leczonymi już tylko paliatywnie, z czego jeden zmarł dwa dni później i... coś zaskoczyło. Jakkolwiek górnolotnie to brzmi, poczułam powołanie do tej działki. No i nie ukrywam, ten aspekt naukowy też jest dla mnie kuszący. Sama jestem tym zaskoczona, ale skoro Pana spostrzeżenia mnie nie zniechęciły, a wręcz przeciwnie - to chyba naprawdę chcę być onkologiem... Dziękuję i oby więcej takich artykułów.
avatar Anonim
Anonim
26.09.2016 09:14:46
Takie wyjaśnienia nawet nie lekarzom są absolutnie potrzebne.Wielkie dzięki!
avatar Anonim
Anonim
26.09.2016 11:08:54
Jako osoba wspierająca pacjenta onkologicznego - dziękuję za ten tekst. Przywraca wiarę w onkologów, w to, że niektórym jeszcze się chce, potrafią myśleć o pacjencie i jeszcze coś czują. Jako psycholog jestem zdruzgotana tym, ilu onkologów pomyliło specjalizację, ilu powinno regularnie chodzić na terapię, żeby radzić sobie z emocjami spowodowanymi przez pracę. Życzę satysfakcji z pracy, mało papierologii i dużej skuteczności :) i nie bierz przykładu ze starszych kolegów ;)
avatar Anonim
Anonim
26.09.2016 20:21:19
Przeczytałam ten artykuł nie jako przyszły lekarz, ale jako mama dziecka w remisji guza Wilmsa. I chciałbym podziękować Wam - lekarzom, którzy pomagają chorym na raka i ich rodzinom. Tak jak pisał autor rozmowa z pacjentem jest ogromnie wazna
avatar Anonim
Anonim
03.10.2016 15:26:04
Dziękuję za ten fantastyczny artykuł. Jestem właśnie po pierwszych zajęciach z onkologii - i tak jak zawsze onkologię odrzucałam - tak po dzisiejszych zajęciach i po Twoim wpisie jestem nią oczarowana! Bardzo podoba mi się specyfika tej pracy, relacja lekarz - pacjent o której mówisz. Mam jeszcze troszkę czasu na decyzję, ale jedno jest pewne: onkologia wkroczyła na moją listę rozważanych specjalizacji ;)
avatar MJ
MJ
03.06.2019 15:53:58
Świetny tekst, coraz więcej czasu poświęcam na zastanawianie się jakiego wyboru dokonam w niedługiej przyszłości i onkologia wychodzi na prowadzenie. Mam pytanie stricte techniczne, jak wygląda możliwość pracy poza szpitalem? Czy prywatne gabinety mają tzw ,,wzięcie" czy jednak pacjenci onkologiczni kierują się do specjalisty pracującego w ośrodku publicznym?

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się