Wspomnienia z lekarskich studenckich praktyk wakacyjnych w Nepalu

Wspomnienia z lekarskich studenckich praktyk wakacyjnych w Nepalu

1 komentarzy

2006, Polska

Gdy byłam na 4-tym roku studiów, zadzwoniła do mnie koordynatorka programu SCOPE IFMSA, w ramach którego aplikowałam na wyjazd na wakacyjne praktyki, oznajmić, że się zakwalifikowałam. Nie wahałam się ani chwili. A do wyjazdu było już bardzo blisko, bowiem koordynatorzy akcji w Nepalu mocno ociągali się z formalnościami. Wątpliwości co do mojego wyjazdu mieli tylko rodzice, bo jechać miałam sama, bez nikogo znajomego. Na szczęście nabyłam wcześniej doświadczenia (i pieniędzy) pracując w USA w ramach programu Work and Travel.

A więc co? Jadę! Wiza tranzytowa do Indii załatwiona. Wiza do Nepalu do załatwienia na lotnisku po przylocie. Bilety, najtaniej LOTem do Moskwy, Aeroflotem do Delhi i stamtąd nepalskimi liniami lotniczymi do Katmandu, które było moim punktem docelowym. Jak to bywa z tanimi lotami, czas oczekiwania na lotniskach przesiadkowych był bardzo długi, rzędu 5-10 godzin. Po locie Aeroflotem, w trakcie którego wraz z innymi pasażerami żegnałam się z życiem, kiedy wpadł w dziurę powietrzną, po przylocie do Delhi już ledwo wiedziałam, jak się nazywam. Na parnym i przepełnionym ludźmi indyjskim lotnisku, minąwszy rój taksówkarzy próbujących zabrać mnie na krótką przejażdżkę po mieście, usiadłam w jednym z licznych miejsc siedzących w dość porządnej hali, gdzie oczekiwałam na lot do Nepalu.

Nepal – pierwsze wrażenie

Na lotnisku w Katmandu bez problemu wyrobiłam sobie nepalską wizę. Czekał na mnie sympatyczny chłopak, student, z moim imieniem wypisanym na kartonie. Swoistą angielszczyzną, do której dopiero miałam się na miejscu przyzwyczaić, poprosił, bym zaczekała na niego w taksówce, a on sam poszedł po swój skuter, na którym nie dałby rady przewieźć mnie i moich bagaży.

Przez otwarte okno zaglądali ciekawscy ludzie z wybrakowanym uzębieniem chcący przede wszystkim przyjrzeć się mi i plecakowi. Nic nie rozumiałam. Obserwowałam blaszany fragment bramy wjazdowej na lotnisko kołyszący się zadziornie na wietrze. Mój opiekun pojawił się znowu i jechał przed taksówką prowadząc nas do domu gospodarzy. Po raz pierwszy Oglądałam ulice pełne samochodów, busów, riksz, skuterów, rowerów, pieszych, również zwisających z busów, wszystko to przemieszczające się w sposób dowolny, w różnych kierunkach, zatrważająco blisko siebie.oglądałam ulice pełne samochodów, busów, riksz, skuterów, rowerów, pieszych, również zwisających z busów, wszystko to przemieszczające się w sposób dowolny, w różnych kierunkach, zatrważająco blisko siebie. Rodzina gospodarzy okazała się przesympatyczna i mówiła dobrze po angielsku. Zastałam ich akurat przyrządzających jakieś danie na wielkich liściach rozłożonych na podłodze. Mój opiekun zabrał mnie od razu na przejażdżkę skuterem po mieście. Kolejny szokujący widok stanowiły kozły z poodcinanymi głowami leżące bezpośrednio na poboczu ulicy czy też chodniku, przy czym krew znaczyła ziemię. Postanowiłam wtedy nie jeść na tym wyjeździe mięsa. Skuszona bogactwem zapachów miałam później złamać tę zasadę, na szczęście bez przykrych konsekwencji. Starałam się jednak jadać mięso tylko w domu u gospodarzy, którzy mieli swojego zaufanego kucharza. Nauczyłam się jadać na mieście w stoiskach, w których jadają miejscowi, a jedzenie przyrządzane jest na miejscu, na świeżo.

Gospodarze

Zamieszkałam w domu, w którym rządził gospodarz, Surendra, biznesmen, który mądrze zainwestował zarobione ciężką 20-letnią pracą w hotelu Everest View pieniądze i teraz mógł cieszyć się wolnym czasem i pogawędkami z panem z kiosku. Jego dwaj synowie, młodsi ode mnie o kilka lat, zajmowali się głównie nauką w szkołach w Katmandu, z widokami na wyjazd na studia zagranicę, najlepiej do Indii lub Nowej Zelandii, jak wielu młodych mieszkańców Nepalu. Później najczęściej wracają do kraju.
Po domu przewijało się mnóstwo osób z rodziny pana Surendry, na przykład jego siostrzeniec, Jangbu Sherpa, który już wówczas zdążył wielokrotnie wspiąć się jako przewodnik na Mt. Everest, był też wtedy świeżo po wyczynie omawianym szeroko w lokalnych mediach – rozebrał się od pasa w górę na szczycie Everestu i pozostał tak, bez używania tlenu z butli, przez 4 min 44 sek, czym niejednokrotnie się chlubił. Od tamtej pory przetrwał już w górach kilka lawin i wciąż się wspina. Wysoko w Himalajach przebywa również żona pana Surendry, która stamtąd pochodzi. Pan Surendra poznał ją na targu odbywającym się raz w tygodniu w Namche Bazaar, koło hotelu, w którym pracował. Obserwował ją przez wiele tygodni, po czym podszedł i się oświadczył.

Oj, nasłuchałam się rozmaitych rodzinnych historii. Rodzina, która mnie gościła, dużo z nami rozmawiała. Z nami? Tak, mieszkałam w jednym domu jeszcze z 3 innymi studentami medycyny, z Hiszpanii, Szwecji i z Polakiem z uczelni, na której studiowałam, który dojechał po kilku dniach. Poza Szwedem, który miejscową ludność traktował jak egzotyczne zjawisko, a nie jak ludzi, do dziś utrzymuję z pozostałymi kontakt, jak również z rodziną, u której mieszkałam. Wliczając ich etatowego kucharza, przemiłego Sitę, który uzależnił mnie od potraw z mango (mango z jajecznicą na śniadanie, mango lassi do obiadu etc.).

Praktyki lekarskie

Jeśli chodzi o medyczną stronę wyjazdu, bo w końcu stanowiła ona główny powód mojej podróży, to bez wątpienia była pod wieloma względami wyjątkowa. Praktyki szpitalne trwały 4 tygodnie. Studentów przybyłych głównie z Europy, odbywających jednocześnie praktyki na różnych, wybranych oddziałach, było wielu, około 20, może 30. Niektórzy załatwili sobie praktyki samodzielnie, ale wówczas na ogół mieszkali w hostelach, więc moim zdaniem korzystali o tyle mniej, że nie mieli szansy wtopić się w życie mieszkańców. Mieliśmy swojego szpitalnego opiekuna. Odbywałam praktyki w Kanti Childrens’ Hospital. Pomagałam na izbie przyjęć, gdzie dane mi było doświadczyć prawdziwie ogromnego "przerobu" pacjentów przez sprawnych lekarzy.

Brak klimatyzacji, ukrop. Toaleta w holu pomiędzy oddziałami, wylewa się spod drzwi jakaś ciecz. Wewnątrz stanowiska oddzielone murkami, na murkach kawałki gazet do użycia. Mi trafił się fragment ze zdjęciem rodziny królewskiej…Niestety, bez znajomości języka niewiele mogłam zdziałać, ale badałam i konsultowałam przypadki z lekarzami, którzy biegle władali językiem angielskim). Pomagałam w oddziale chirurgii dziecięcej, w oddziale leczenia oparzeń oraz w oddziale onkologii i hematologii. Wielu lekarzy pracujących w tym szpitalu kształciło się przynajmniej przez jakiś czas w Indiach i byłam pod wrażeniem ich wiedzy medycznej. Rozpatrywali przypadki na posiedzeniach klinicznych i zajmowali się pacjentami naprawdę sumiennie. Tym bardziej nie mogłam zrozumieć, dlaczego w szpitalu panował tak niski poziom higieny.

Sala chorych na chirurgii dziecięcej liczyła około 50 łóżek – zabawny był widok namiocików po operacji stulejek ustawionych na szeregu kolejnych łóżek, niczym pole namiotowe. Brak klimatyzacji, ukrop. Toaleta w holu pomiędzy oddziałami, wylewa się spod drzwi jakaś ciecz na podłogę korytarza, wewnątrz stanowiska, bo nie kabiny, oddzielone murkami, na murkach kawałki gazet do użycia. Mi trafił się fragment e zdjęciem rodziny królewskiej… Był rok 2006, czas przewrotu.

Sale operacyjne w sumie jak u nas, stroje lekarzy jak u nas. Może nie dość dużą wagę przykładali do zmiany obuwia do operacji, częściej praktykowane było zakładanie ochraniaczy na eleganckie pantofle – wśród starszych stażem lekarzy. Byłam dopuszczana do zabiegów, asystowałam. Na przykład do usunięcia wielkiej torbieli pasożytniczej z wątroby. Podczas zamykania pacjenta zgasło światło, nie zadziałał generator prądu i personel pomocniczy świecił komórkami i latarkami przez pewien czas. Podczas operacji zgasło światło, nie zadziałał generator prądu i personel pomocniczy przyświecał chirurgom komórkami i latarkami.Ale nie było aż tak ciemno w sali. Miała okna wychodzące na dwór. Jedno otwarte… Nie, nie znam statystyk dotyczących powikłań. W każdym razie wielu lekarzy skłonnych było mnie uczyć, tłumaczyć rozmaite zagadnienia, analizować przypadki, chodziłam z nimi do poradni. Na oddziale onkologii/hematologii pomagałam wolontariuszowi, który z ramienia jakiejś fundacji zajmował się rozśmieszaniem dzieci i umilaniem im pobytu.

Ach, w szpitalu znajdowała się wspaniała biblioteka medyczna. Większość pozycji w języku angielskim, mnóstwo świetnych opracowań. My jako stażyści też mieliśmy do niej dostęp, aczkolwiek tylko na miejscu. Bardzo im wtedy tej biblioteki zazdrościłam. Muszę przyznać, że studenci medycyny, jak to studenci medycyny – uczyli się bardzo pilnie.

Przygody

Na raftingu z naszego pontonu odchodziło powietrze i na większych falach się składał (…) do domu musieliśmy wracać inną drogą, bo przy tej, którą weszliśmy mieszkał – jak się okazało – tygrys.Ale nie tylko się uczyli, oczywiście. Ci związani z NMSS (Nepal Medical Students’ Society), która jest nepalskim odpowiednikiem IFMSA, pomagali nam organizować rozmaite wyjazdy. Dzięki nim byłam na raftingu, na safari w parku Chitwan, w Pokharze, na trekkingu w stronę Everestu. Przeżyłam wiele przygód… Na raftingu z naszego pontonu uchodziło powietrze i na większych falach składał się, wrzucając nas do wody, więc staraliśmy się co chwilę go dopompowywać. W Pokharze na górze świątynnej zabawiliśmy zbyt długo, musieliśmy wracać inną drogą, bo przy tej, którą weszliśmy mieszkał, jak się okazało, tygrys, i wieczorową porą nie powinniśmy go niepokoić, o czym poinformowali nas pracujący na przeciwnym zboczu rolnicy – ich również pracujące w polu dzieci wskazały nam dobrą drogę. Łódka, do której dotarliśmy była dziurawa, a do przepłynięcia mieliśmy jeszcze jezioro. Na pokrzepienie wypiliśmy po coca-coli w barze u pana, który czekał tylko na nas, aż wrócimy do naszej łódki. Pouczył nas, którędy najlepiej płynąć, by nie zestrzeliły nas straże pałacu królewskiego – bo po zmroku mieli rozkaz strzelać do wszystkich, którzy zbliżają się drogą wodną do pałacu… Wiosłowaliśmy więc co sił w rękach, zdjęci strachem, ale naszym niewątpliwym sojusznikiem był ulewny deszcz, który rozpadał się, by skryć nasze sylwetki…

Miejsce, do którego się wraca

Po praktykach zostałam jeszcze przez ponad miesiąc w Nepalu, by pozwiedzać więcej, i więcej. Po koncercie grupy Nepsydaz na jeziorze z okazji jakiegoś święta, chyba smoka (święto jest tam co chwilę), w świetle lampeczek, klimatycznym, uroczym, z grupą muzyków przewożących instrumenty na łódeczce, rozkochałam się w Nepalu jeszcze bardziej. Chodziłam na występy lokalnych muzyków, spotykałam się z nimi na nieoficjalnych imprezach zajadając i pijąc zrobione przez nich specjały, kupiłam sobie kurtę, chodziłam co poniedziałek rano do świątyni i bardzo żałowałam, że nie mogę być jedną z nich. Miałam nawet ochotę zostać w Katmandu, w szpitalu, popracować jeszcze dłużej. W końcu jednak wróciłam na kolejny rok akademicki, by dokończyć studia w Polsce, zrobić specjalizację i kiedyś wrócić do Nepalu jako osoba mądrzejsza, potrafiąca więcej, bardziej przydatna pacjentom – i wciąż chętna, by przeżyć kolejne przygody.

Galeria zdjęć

Kliknij w zdjęcie by zobaczyć pokaz slajdów:

nepal_00.jpg

Źródło miniatury artykułu oraz zdjęcia: materiały własne. Wszelkie prawa zastrzeżone.

Obecnie jesteś na stronie:

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
1 komentarz
avatar Kasia
Kasia
15.06.2015 11:28:52
Świetna realcja! Mam nadzieję,że dzięki takim opowieściom jeszcze więcej studentów będzie korzystać z praktyk organizowanych przez IFMSA-Poland!

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się