Dom idiotów – recenzja serialu House

15 komentarzy

Obecnie serial nie najnowszy, w moich licealnych latach święcił tryumfy. Możliwe, że istnieją jeszcze osoby, które przed House’em się uchroniły. Dla nich niech będzie ta recenzja – ku przestrodze.

Na początku warto docenić stronę wizualną serialu. Jest miły dla oka od samej czołówki, która zachwyca i intryguje. Pomysłowe wydają się też komputerowe wizualizacje tego, co dzieje się w naszych organizmach. Jeśli jednak tak jak ja spodziewacie się serialu medycznego na miarę "Chirurgów", nie oglądajcie dalej. Wydaje się, że "House" wybił się w Polsce na fali popularności tego wybitnego serialu. Pomógł mu trochę kult Sherlocka Holmesa oraz moda na tkliwy nihilizm.

Otrzymujemy serię ciekawych, acz mało praktycznych, nazw w ustach cynicznego gbura, który traktuje pacjentów jak króliki doświadczalne, robiąc im łaskę, że w ogóle zjawia się na oddziale. Postać stała się inspiracją dla przyszłych lekarzy – czy to nie straszne?!Pomińmy sztucznie napompowaną akcję, która żyje tylko tym, że co paręnaście minut pacjent umiera. Pomińmy choroby, których kazuistyka niszczy resztki poczucia realizmu. Pomińmy też fakt stwierdzony przez ekspertów, że dr Gregory House jest zwyczajnie złym lekarzem. Pomińmy techniczne szczegóły typu zespół diagnostyczny (nie ma czegoś takiego). Pomińmy groteskowość niektórych scen.
W efekcie otrzymujemy serię ciekawych, acz mało praktycznych, nazw w ustach cynicznego gbura, który traktuje pacjentów jak króliki doświadczalne, robiąc im łaskę, że w ogóle zjawia się na oddziale. Postać stała się inspiracją dla przyszłych lekarzy. Czy to nie straszne? Straszniejsze jest to, jak miało to być ciekawe, a jak nie było.

Niestety, towarzyszące House’owi postacie są tak nudne i płaskie, że trzeba je sobie przypominać za pomocą Wikipedii. W niczym nie pomagają dopisane do przystojnych twarzy dramaty. Trudno dziwić się ostrym opiniom Gregory’ego na temat współpracowników. Począwszy od szefowej Cuddy, której otwarcie zarzuca on frustrację spowodowaną brakiem mężczyzny. Dalej rzuca się w oczy Foreman – "Murzyn"; Chase – "lizus"; Cameron – "starałaś się, ale nie wyszło"; oraz bezpłciowa na duszy, choć atrakcyjna na ciele Trzynastka. Czy ona cokolwiek robi? Oczywiście nikt z nich nie wie, jak leczyć pacjentów. Czyżby jednak to byli idiots?

Z jednej strony House jest arogancki. Z drugiej strony – on ma po prostu rację! Bezsprzecznie "House M.D." to serial jednego bohatera. Przekonujący wydaje się jeszcze przyjaciel Gregory’ego – dr Wilson, jego doskonale dobrane przeciwieństwo.

Perfekcyjna kreacja House’a w wykonaniu brytyjskiego aktora Hugh Laurie, to coś czym wyróżnia się produkcja. Oto poznajemy człowieka błyskotliwego, niebanalnego oraz bezczelnego. Jednak i tu scenarzyści zepsuli, co mogli. Główna linia fabularna serii skupia się na psychoanalizie Gregory’ego. Od pierwszego odcinka możemy się spodziewać, że postać genialną w swej podłości czeka długa i głęboka przemiana. Całe środowisko, każda kobieta, każdy pacjent, a nawet zwroty akcji ukierunkowane są na osobowościową kastrację charyzmatycznej postaci. Cel zostaje osiągnięty. Już w pierwszym sezonie rzekomy gbur częściej niż celnymi uwagami raczy nas zamyślonymi spojrzeniami, refleksjami przy pianinie i tym podobnymi smuteczkami.

Kultowy serial medyczny, przyczyna licznych powołań lekarskich, pierwowzór dla mentalnych anarchistów XXI wieku, symbol nihilistycznej inteligencji oraz dowód dobrego gustu w młodym pokoleniu. U mnie trafia do kultowej szufladki "Można obejrzeć, nie trzeba".

Nie polecam.

Przeczytaj również

Musisz się zalogować

Dodawanie komentarzy jest dostępne tylko dla zalogowanych użytkowników.

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się
Wczytywanie komentarzy

Ta strona korzysta z ciasteczek, a także ma określoną politykę prywatności. Dowiedz się więcej. 

Rejestracja grafika

Ta akcja wymaga zalogowania

Rejestracja

Masz już konto?

Zaloguj się